Było po 2 ale ty ciągle nie mogłaś zasnąć. Przez przeszło godzinę gapiłaś się tempo na sufit. Louis Tomilinson, miłość twojego życia nie żyje. Słowa policjanta, który zadzwonił do ciebie dziś rano rozbrzmiewały ci w głowie. "Pański chłopak miał wypadek... My nic nie mogliśmy zrobić. Przy tak dużej prędkości zginął na miejscu. Bardzo mi przykro". Nie było ci nawet smutno, bo ta wiadomość wciąż do ciebie nie docierała. Byłaś pewna, że jak co rano obudzi cię zapach kawy przygotowanej przez niego. Że jak co rano zrobi ci śniadanie i przyniesie do łóżka. Wydawało ci się, że to wszystko głupi żart jakiś idiotów, którym nudzi się w domu, ale zza ciemnego nieba zaczęły wychodzić jasne promienie, a razem z nimi zaczynałaś wszystko rozumieć. Zrozumiałaś to, że on tu nie wróci i nie zrobi ci kawy. Nigdy więcej nie zjesz jego kanapek z krewetkowym majonezem. Nigdy więcej nie zobaczysz jego uśmiechu, jego wiecznej radości i tych rzadkich momentów gdy było mu smutno. On nigdy nie wróci, ty też nie. Nigdy nie będziesz taka jak kiedyś. Twoje życie razem z dzisiejszym porankiem straciło jakikolwiek sens. Przez cały czas siedziałaś w tej samej pozycji patrząc się na sufit. Choć łzy nie spływały ci po policzkach to wewnątrz płakałaś. Twoja dusza krzyczała o pomoc, ale tego wołania nikt nie mógł usłyszeć.Jasne promienie słońca wkradały się do pokoju. Na zewnątrz było pięknie. Wszystko kwitło, śpiewały ptaki, a motyle latały z kwiatka na kwiatek. Nie pasowałaś do tej cukierkowej aury. Wyjęłaś małą karteczkę, na której drżącą od łez ręką napisałaś:
"Nie płaczcie za mną. Kochałam was wszystkich, ale jego kocham bardziej. Bez Louisa moje życie przypominało by kiepską telenowele. Nie potrafię tu zostać, muszę go spotkać. Przepraszam za wszystko.
Pamiętajcie, że was kocham"
Zbiegłaś zdesperowana po schodach do piwnicy. Wyjęłaś z szafy grubą, mocną linę, na której zawiązałaś pętle. Płacząc wybiegłaś do ogrodu. Stanęłaś na wysokim stołku po czym na wiśni oblepionej białymi kwiatami zamocowałaś linkę. Później założyłaś ją sobie na głowę. Zamknęłaś oczy i w myślach zmówiłaś pacierz. Jedną nogę wysunęłaś już lekko do przodu. Zaraz za nią miała pójść druga, ale coś cię zatrzymało. Jakaś siła, która była głęboko w tobie nie pozwoliła ci tego zrobić i nakazała otworzyć oczy. Ujrzałaś go tam. Ujrzałaś Tomilinsona stojącego w ogrodzie. Stojącego koło ciebie.
-Nie rób tego. Nie jestem tego wart.
Słyszałaś jego niewyraźny głos. W kółko powstrzymywał cię i błagał byś tego nie robiła.Po jego jasnych, prawie przeźroczystych policzkach spływały łzy.
-Proszę cię. Daj sobie szansę ułożyć sobie życie od nowa- Chłopak rozpłynął się w powietrzu.
-Louis- krzyknęłaś załamującym się głosem- nie zostawiaj mnie.
-Ja zawsze przy tobie będę. Dzień i noc . Nigdy cię nie opuszczę.
Rozplątałaś pętle, rzuciłaś się na trawę i położyłaś na niej patrząc się w niebo. Czułaś czyjąś obecność. Wiedziałaś, że on tam jest i to dawało ci mobilizacje do życia. Dzięki temu uśmiechałaś się gdy inni płakali.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz